26 września 2013
Potrzebnym.
Człowiek to taka śmieszna istota. Tak wielu z nas chciałoby być jak najbardziej samodzielnym i niezależnym od reszty to niestety koniec końców jesteśmy po części zwierzętami, które mają potrzebę życia w pewnym stadzie. Rodzina, przyjaciele, a nawet znajomi z internetu. Sami natomiast jesteśmy skazani na porażkę. Fakt przynależności do watahy sam w sobie może nie jest najważniejszy, a tym czego człowiek pragnie osiągnąć poprzez bycie częścią tej pewnej grupy to bycie komuś potrzebnym. Świadomość, że to co robimy nie jest tylko dla nas, a dla kogoś i czyniąc małe gesty możemy komuś pomóc. Czasami taką pomocą może być danie komuś w twarz, żeby mógł sobie uświadomić, że poszedł złą ścieżką. Niestety może się zdarzyć tak, że druga osoba zanim dostrzeże jak wielkie błędy popełniła wciąż będzie uparcie szła manowcami na przekór sobie i reszcie. Każdy w życiu popełnia błędy ważne, jednak co z nich wyciąga na przyszłość. Ktoś mądry kiedyś mi rzekł: "Ucz się na błędach byle nie na swoich" Odbiegłem trochę od dzisiejszych rozważań na temat bycia potrzebnym. Podobna sytuacja jest w związkach. Dziewczyna jak i zarówno chłopak chcą nawzajem być sobie potrzebni. Po upływie pewnego czasu wytwarza się między nimi pewna nić porozumienia, zaufanie. Wzajemnie się wspierają i dają sobie radość. Z czasem jednak może wystąpić pewien problem osobliwej natury, a jest nim bycie zależnym od człowieka. Chcemy być komuś potrzebni, ale czy aby na pewno chcemy być zależni od drugiej osoby? Ale przecież jeśli kochamy drugą połówkę to nie powinno być dla jakimś wielkim dylematem. Z kolei stanie się zależnym od drugiej osoby związane jest z otwarciem siebie na drugą osobę. Jak bardzo można się otworzyć przed kimś? Na jednym z gimbusiarskich portali spotkałem się z określeniem, że wyznanie komuś miłości to danie mu w dłoń naładowanego rewolweru i przyłożenie do swojej głowy z nadzieją, iż nie wystrzeli. Posunąłbym się w tych rozważaniach cierpiącej młodzieży z powodu swoich 'wielkich' nieszczęśliwych miłostek o krok do tytułu i przeanalizował. Moim zdaniem cały proces ładowania broni i podawania broni drugiej osobie jest bardziej związany z tym jak bardzo się otworzymy przed drugą osobą i niekoniecznie musi kończyć się wyznawaniem swoich uczuć co do niej. Ale czy to dlatego człowiek może się bać otwarcia przed drugim? A może jednak bardziej jest to powiązane z tym, że otwierając się straciłby cząstkę siebie i boi się o swoje jestestwo? Czego bał się ten człowiek?...
22 sierpnia 2013
3 lutego 2013
Wesołe Miasteczko
Gdzieś w Polsce leżało sobie małe miasteczko, w którym nic ciekawego się nie działo. Z tego powodu przyjazd do tego małego, ale wesołego miasteczka był dla mieszkańców w swoim rodzaju dosyć wielkim wydarzeniem. Nikt jednak nie mógł przewidzieć, że ten ciepły wiosenny dzień skończy się aż tak źle...
Choć ogromnym lunaparkiem nazwać tego nie można było to miało ono wszystko to czego dzieciakom do szczęścia potrzeba. Znalazłbyś tu samochodziki, kilka małych karuzeli, gabinet luster i największą atrakcję, tzw. "Łańcuchówkę".
-Mam złe przeczucia co do tej karuzeli i w dodatku ta kolejka jest taka długa.-marudziła wciąż Marysia.
-No to może pójdziemy do gabinetu luster, a kolejka się w tym czasie się zmniejszy.-zaproponowała Amelia, która miała już dosyć jej ciągłego narzekania.-A ty, co o tym myślisz Daria?
-Lepsze to niż czekanie w tym samym miejscu od prawie całej godziny.
Nikt nie mógł zaprzeczyć że,czekały już długo, za długo, ale gdyby zamiast spędzać tak dużo czasu na robieniu makijażu(na wypadek spotkania z Jankiem) to pewnie byłyby już dawno gdzieś na początku kolejki. Udały się zatem wszystkie do gabinetu luster, który miał im umilić czas, przynajmniej miały taką nadzieję. Niestety chyba się nie pomyliły..
-Trochę mało tu tych luster, ale lipa, co nie?-narzekała przeglądając się w kolejnych lustrach.
-Ale z Ciebie tłusta świnia!-wyśmiała Daria swą koleżankę.(Nienawidziła ją za to, ze Janek wolał ją od niej. Kobiety...)
-Chyba ty, szmato!-zbulwersowała się jak zapewne zrobiłaby to każda kobieta na jej miejscu.
-Nieee, bo ja to jestem żyrafoooom! Zobacz na moja szyję.-zadowolona z wkurwienia koleżanki nijak miała się do jej cienkiej riposty.
-Mama?
-Wołałyście mnie?-zdziwiła się robiąc artystyczny dziubek swymi nabrzmiałymi wargami.
Zgrzyt, trzask.Ciemność. To.. to musiała być karuzela, ten dźwięk brzmiał jakby urwał się łańcuch. Marysia wyobraziła sobie chłopca który leży połamany kilkadziesiąt metrów od karuzeli. Widocznie jej przeczucie tym razem się nie myliło, ale trzask pochodził z bliższa. Przecież nagle zapadły egipskie ciemności, musiały wysiąść korki i żarówka się spaliła to by wiele wyjaśniało, ale mimo wszystko nie tłumaczyło to widoku tego małego chłopczyka w lustrze naprzeciwko Amelii.
-Mamusia!
Nie wiedziała co się dzieje, jednak pomimo takiej ciemności była wstanie dostrzec uśmiechniętego chłopca pełnego nadziei, który miał piękne błękitne oczy i czarną kacapkę. Wyglądał na miłego, jednak było w nim coś bardzo przerażającego. Tylko nie potrafiła określić co konkretnie.
-Kochasz mnie?
Zaczęła cofać się powoli w stronę luster, ale potknęła się o coś i rozpierdoliła przez to przeklęte lustro, które zrobiło z Marysi tłustą świnię, w drobny mak. Gdy podniosła głowę i zobaczyła jego twarz to.. nie był już ten sam chłopiec. Zaczął ryczeć, a w jego oczach było widać tylko nienawiść.
-Wiedziałem!Ty szmato nigdy mnie nie kochałaś!Nigdy!
Zamknęła oczy. Ogarnął ją strach. Czy to już koniec? Otworzyła oczy i nadal żyła, ale jego juz tu nie było. Może to był tylko sen? A może jednak nie.
-Aa.Ame... Czemu?!
Stała nagle nad Marysią dźgając ją kawałkiem pieprzonego lustra, który ociekał jeszcze ciepłą krwią przyjaciółki.
-To przez was! Wy...! Ja nie chciałam. Tomuś, ale ja naprawdę Cię kocham!
Nie wiedziała co się dzieje. Z rozpieprzonego gardła Marysi na wszystkie strony lała się jej czerwonoblada krew. To jej zdziwienie oraz przerażenie na twarzy.. Amelia nadal nie wiedziała o co tu właściwie chodzi. Pobiegła by znaleźć Darię. Czy ją też ktoś skrzywdził?
-Mamusia?-chłopiec znów się pojawił pełen nadziei z tym naiwnym uśmiechem dziecka
-Zostaw mnie!
-Znowu mnie nie kochasz? Dlaczego?-nagle jego twarz posmutniała.
Amelia zaczęła wrzeszczeć jakby ktoś obdzierał ją ze skóry. Gdy odzyskała świadomość jej ręce były całe w zaschniętej czerwonej farbie a przynajmniej miała taką nadzieję.
-To musi być farba.-próbowała przekonać samą siebie w coś co jednak nie potrafiła uwierzyć.
Ale ona jeszcze nie rozumiała lub nie chciała. Obok leżało to zmasakrowane ciało albo raczej jego resztki rozszarpane za pomocą kawałków szkła. Jej smutek i niezrozumienie. Dlaczego? Przecież to że ukradła jej błyszczyk by przypodobać się Jankowi, to nie mogło być powodem by udusić ją i zadźgać odchudzającym odłamkiem lustra. Pytanie to było wypisane na jej twarzy, lecz już nigdy nie będzie dane jej poznać na nie odpowiedzi..
Gdy w końcu podniosła wzrok znad swych zbroczonych w ich krwi rąk zaczynała powoli rozumieć, ale nie miała już siły. Zdąrzyła jeszcze usłyszeć jakaś karetkę albo radiowóz niedaleko ktoś, coś krzyczał,. mówił, ale ona milczała zamknięta w swym świecie opłakując przy tym swe grzechy.
Krzyki, płacz, ryk i w dodatku ten przeklęty śmiech, normalność w szpitalu psychiatrycznym w Karłowicach. Normalny człowiek po kilku dniach przebywania tutaj sam z pewnością stałby się pacjentem po tym co by usłyszał i zobaczył, ale na nim nie robiło to już żadnego wrażenia od samego początku pracy tutaj.. Tylko że jego nie można było z pewnością nazwać normalnym
-Panie doktorze..
-Która izolatka?Z jakiego powodu?
-Izolatka nr 5, próba samobójcza
-Chodźmy zobaczyć, co z nią.-uśmiechnął się do swojego nowego asystenta, który długo tu nie wytrzyma.
To miejsce niszczyło jemu psychikę. Był za słaby by tu pracować, to kwestia czasu.. już wielu podobnych do niego przewinęło się przez te mury. Krzyki i płacz narastał. Znaleźli się w najgorszej i zarazem najbardziej ponurej części szpitala.
-Znowu Amelia.
-Skąd wie..?
-To ten sam płacz co ostatnio. Jeśli wsłuchasz się w jej krzyki i płacz to usłyszysz co mówi, a każdy mówi co innego.-zamyślił się nad tym co zrozumiał-Czytałeś jej kartę?
-Coś tylko słyszałem.. Ponoć zadźgała swoje koleżanki odłamkami lustra w wesołym miasteczku.-przeszył go dreszcz.-A jej płacz? Co mówi?-jego ciekawość, a może strach przed tymi dźwiękami kazał mu spytać się o to.
Uśmiechnął się otwierając izolatkę. W rogu siedziała młoda dziewczyna, która nagle umilkła i zaczęła penetrować gości swym pustym, smutnym wzrokiem. Asystent zaczął cały drżeć. Ten wzrok go przerażał. w dodatku te białe ściany potęgowały tą czerń która z nich emanowała.
-Myślę że nie potrafi zrozumieć, dlaczego ją to spotkało, a nie kogoś innego, więc rozpacza.-wpatrywał się w jej oczy coraz dogłębniej..
-Gdyby nie zamordowała ich to..
-Nie rozumiesz.. Wszyscy popełniamy grzechy, ale ten nie był jej. Ona popełniła inny. Słyszałeś kiedyś o.. tablicy.-Zamyślił się na chwilę, po czym z mentorską zaduma dokończył.-O tablicy Ouija?
-Nie, co to?
-Z naszych badań udało się wywnioskować, że słyszy ona małego chłopca, który nazywa ją mamą. Problem polega na tym że Amelia jest dziewicą. Tę tablice Ouija znaleziono u niej w domu. Wierzysz w opętania?
-Że niby została opętana?
-Myślę że nie odwołała ducha a ten użył jej ciała by odnaleźć swe dziecko które zginęło w wypadku spowodowanym przez nią.
-Skąd..?
-Pewna kobieta popełniła samobójstwo tam gdzie mieszkała Amelia. Tak więc w tym pomieszczeniu jest nas co najmniej czwórka a nie trójka.-uśmiechnął chcąc pocieszyć przerażonego na śmierć asystenta.
-Nie powinniśmy zadzwonić po jakiegoś egzorcystę?
-Przyjadą za rok.-zamyślił się jak zwykle.-Powiedzieli że ten ból jest jej pokutą.
-To nieludzkie.-asystent cały się trząsł.
-Każ jej podać standard plus środki nasenne.
-Dobrze-patrzył na jego zamyśloną twarz chcąc sie dowiedzieć o czym mógł myśleć. Jego już nie było tutaj z nimi nie tylko ciałem, ale jego dusza również odpłynęła we wspomnienia.
-Każdy przecież popełnia grzechy, te mniejsze lub większe, ale nikt kurwa nie płaci aż takiej ceny za nią.-John myślał o tych wszystkich złych wyborach i grzechach za które powinien dawno odpowiedzieć. Wkrótce musi tam pojechać i odpowiedzieć za swój błąd przeszłości.-To niesprawiedliwie.
Siedział już w swym gabinecie patrząc na swą rozpustną przeszłość, a po jego policzku płynęły łzy. Wiedział że źle zrobił, ale teraz było za późno by mógł to naprawić..
Choć ogromnym lunaparkiem nazwać tego nie można było to miało ono wszystko to czego dzieciakom do szczęścia potrzeba. Znalazłbyś tu samochodziki, kilka małych karuzeli, gabinet luster i największą atrakcję, tzw. "Łańcuchówkę".
-Mam złe przeczucia co do tej karuzeli i w dodatku ta kolejka jest taka długa.-marudziła wciąż Marysia.
-No to może pójdziemy do gabinetu luster, a kolejka się w tym czasie się zmniejszy.-zaproponowała Amelia, która miała już dosyć jej ciągłego narzekania.-A ty, co o tym myślisz Daria?
-Lepsze to niż czekanie w tym samym miejscu od prawie całej godziny.
Nikt nie mógł zaprzeczyć że,czekały już długo, za długo, ale gdyby zamiast spędzać tak dużo czasu na robieniu makijażu(na wypadek spotkania z Jankiem) to pewnie byłyby już dawno gdzieś na początku kolejki. Udały się zatem wszystkie do gabinetu luster, który miał im umilić czas, przynajmniej miały taką nadzieję. Niestety chyba się nie pomyliły..
-Trochę mało tu tych luster, ale lipa, co nie?-narzekała przeglądając się w kolejnych lustrach.
-Ale z Ciebie tłusta świnia!-wyśmiała Daria swą koleżankę.(Nienawidziła ją za to, ze Janek wolał ją od niej. Kobiety...)
-Chyba ty, szmato!-zbulwersowała się jak zapewne zrobiłaby to każda kobieta na jej miejscu.
-Nieee, bo ja to jestem żyrafoooom! Zobacz na moja szyję.-zadowolona z wkurwienia koleżanki nijak miała się do jej cienkiej riposty.
-Mama?
-Wołałyście mnie?-zdziwiła się robiąc artystyczny dziubek swymi nabrzmiałymi wargami.
Zgrzyt, trzask.Ciemność. To.. to musiała być karuzela, ten dźwięk brzmiał jakby urwał się łańcuch. Marysia wyobraziła sobie chłopca który leży połamany kilkadziesiąt metrów od karuzeli. Widocznie jej przeczucie tym razem się nie myliło, ale trzask pochodził z bliższa. Przecież nagle zapadły egipskie ciemności, musiały wysiąść korki i żarówka się spaliła to by wiele wyjaśniało, ale mimo wszystko nie tłumaczyło to widoku tego małego chłopczyka w lustrze naprzeciwko Amelii.
-Mamusia!
Nie wiedziała co się dzieje, jednak pomimo takiej ciemności była wstanie dostrzec uśmiechniętego chłopca pełnego nadziei, który miał piękne błękitne oczy i czarną kacapkę. Wyglądał na miłego, jednak było w nim coś bardzo przerażającego. Tylko nie potrafiła określić co konkretnie.
-Kochasz mnie?
Zaczęła cofać się powoli w stronę luster, ale potknęła się o coś i rozpierdoliła przez to przeklęte lustro, które zrobiło z Marysi tłustą świnię, w drobny mak. Gdy podniosła głowę i zobaczyła jego twarz to.. nie był już ten sam chłopiec. Zaczął ryczeć, a w jego oczach było widać tylko nienawiść.
-Wiedziałem!Ty szmato nigdy mnie nie kochałaś!Nigdy!
Zamknęła oczy. Ogarnął ją strach. Czy to już koniec? Otworzyła oczy i nadal żyła, ale jego juz tu nie było. Może to był tylko sen? A może jednak nie.
-Aa.Ame... Czemu?!
Stała nagle nad Marysią dźgając ją kawałkiem pieprzonego lustra, który ociekał jeszcze ciepłą krwią przyjaciółki.
-To przez was! Wy...! Ja nie chciałam. Tomuś, ale ja naprawdę Cię kocham!
Nie wiedziała co się dzieje. Z rozpieprzonego gardła Marysi na wszystkie strony lała się jej czerwonoblada krew. To jej zdziwienie oraz przerażenie na twarzy.. Amelia nadal nie wiedziała o co tu właściwie chodzi. Pobiegła by znaleźć Darię. Czy ją też ktoś skrzywdził?
-Mamusia?-chłopiec znów się pojawił pełen nadziei z tym naiwnym uśmiechem dziecka
-Zostaw mnie!
-Znowu mnie nie kochasz? Dlaczego?-nagle jego twarz posmutniała.
Amelia zaczęła wrzeszczeć jakby ktoś obdzierał ją ze skóry. Gdy odzyskała świadomość jej ręce były całe w zaschniętej czerwonej farbie a przynajmniej miała taką nadzieję.
-To musi być farba.-próbowała przekonać samą siebie w coś co jednak nie potrafiła uwierzyć.
Ale ona jeszcze nie rozumiała lub nie chciała. Obok leżało to zmasakrowane ciało albo raczej jego resztki rozszarpane za pomocą kawałków szkła. Jej smutek i niezrozumienie. Dlaczego? Przecież to że ukradła jej błyszczyk by przypodobać się Jankowi, to nie mogło być powodem by udusić ją i zadźgać odchudzającym odłamkiem lustra. Pytanie to było wypisane na jej twarzy, lecz już nigdy nie będzie dane jej poznać na nie odpowiedzi..
Gdy w końcu podniosła wzrok znad swych zbroczonych w ich krwi rąk zaczynała powoli rozumieć, ale nie miała już siły. Zdąrzyła jeszcze usłyszeć jakaś karetkę albo radiowóz niedaleko ktoś, coś krzyczał,. mówił, ale ona milczała zamknięta w swym świecie opłakując przy tym swe grzechy.
Krzyki, płacz, ryk i w dodatku ten przeklęty śmiech, normalność w szpitalu psychiatrycznym w Karłowicach. Normalny człowiek po kilku dniach przebywania tutaj sam z pewnością stałby się pacjentem po tym co by usłyszał i zobaczył, ale na nim nie robiło to już żadnego wrażenia od samego początku pracy tutaj.. Tylko że jego nie można było z pewnością nazwać normalnym
-Panie doktorze..
-Która izolatka?Z jakiego powodu?
-Izolatka nr 5, próba samobójcza
-Chodźmy zobaczyć, co z nią.-uśmiechnął się do swojego nowego asystenta, który długo tu nie wytrzyma.
To miejsce niszczyło jemu psychikę. Był za słaby by tu pracować, to kwestia czasu.. już wielu podobnych do niego przewinęło się przez te mury. Krzyki i płacz narastał. Znaleźli się w najgorszej i zarazem najbardziej ponurej części szpitala.
-Znowu Amelia.
-Skąd wie..?
-To ten sam płacz co ostatnio. Jeśli wsłuchasz się w jej krzyki i płacz to usłyszysz co mówi, a każdy mówi co innego.-zamyślił się nad tym co zrozumiał-Czytałeś jej kartę?
-Coś tylko słyszałem.. Ponoć zadźgała swoje koleżanki odłamkami lustra w wesołym miasteczku.-przeszył go dreszcz.-A jej płacz? Co mówi?-jego ciekawość, a może strach przed tymi dźwiękami kazał mu spytać się o to.
Uśmiechnął się otwierając izolatkę. W rogu siedziała młoda dziewczyna, która nagle umilkła i zaczęła penetrować gości swym pustym, smutnym wzrokiem. Asystent zaczął cały drżeć. Ten wzrok go przerażał. w dodatku te białe ściany potęgowały tą czerń która z nich emanowała.
-Myślę że nie potrafi zrozumieć, dlaczego ją to spotkało, a nie kogoś innego, więc rozpacza.-wpatrywał się w jej oczy coraz dogłębniej..
-Gdyby nie zamordowała ich to..
-Nie rozumiesz.. Wszyscy popełniamy grzechy, ale ten nie był jej. Ona popełniła inny. Słyszałeś kiedyś o.. tablicy.-Zamyślił się na chwilę, po czym z mentorską zaduma dokończył.-O tablicy Ouija?
-Nie, co to?
-Z naszych badań udało się wywnioskować, że słyszy ona małego chłopca, który nazywa ją mamą. Problem polega na tym że Amelia jest dziewicą. Tę tablice Ouija znaleziono u niej w domu. Wierzysz w opętania?
-Że niby została opętana?
-Myślę że nie odwołała ducha a ten użył jej ciała by odnaleźć swe dziecko które zginęło w wypadku spowodowanym przez nią.
-Skąd..?
-Pewna kobieta popełniła samobójstwo tam gdzie mieszkała Amelia. Tak więc w tym pomieszczeniu jest nas co najmniej czwórka a nie trójka.-uśmiechnął chcąc pocieszyć przerażonego na śmierć asystenta.
-Nie powinniśmy zadzwonić po jakiegoś egzorcystę?
-Przyjadą za rok.-zamyślił się jak zwykle.-Powiedzieli że ten ból jest jej pokutą.
-To nieludzkie.-asystent cały się trząsł.
-Każ jej podać standard plus środki nasenne.
-Dobrze-patrzył na jego zamyśloną twarz chcąc sie dowiedzieć o czym mógł myśleć. Jego już nie było tutaj z nimi nie tylko ciałem, ale jego dusza również odpłynęła we wspomnienia.
-Każdy przecież popełnia grzechy, te mniejsze lub większe, ale nikt kurwa nie płaci aż takiej ceny za nią.-John myślał o tych wszystkich złych wyborach i grzechach za które powinien dawno odpowiedzieć. Wkrótce musi tam pojechać i odpowiedzieć za swój błąd przeszłości.-To niesprawiedliwie.
Siedział już w swym gabinecie patrząc na swą rozpustną przeszłość, a po jego policzku płynęły łzy. Wiedział że źle zrobił, ale teraz było za późno by mógł to naprawić..
Plany
Jeszcze nie skończyłem pisać jednego opowiadania, a już myślę, a nawet zaczynam powoli pisać kolejne. Moje pomysły wyprzedzają moje zdolności twórcze, które mam nadzieję rozwinąć na wyższy poziom pisząc jak najwięcej i choć trochę wciągać czytelników. Dziś bądź co bądź wstawię w końcu kolejne opowiadanie. Jedno na tydzień to powinno być minimum, którego zamierzam się trzymać.
25 stycznia 2013
Wspomnienia
W życiu jako barman poznaje się naprawdę różnych ludzi. Począwszy od alkoholików, a skończywszy na gwiazdach, które przytłaczają sława, pieniądze i chuj wie co jeszcze. Poprzewracało się w dupach, dlatego osobiście jestem zwolennikiem skromnego, ale za to bezproblemowego życia. Wysłuchałem się, aż za dużo na temat tego jak zła żona zdradziła męża czy innych problemów jak nieodwzajemniona miłość. Za dużo by to wszystko spamiętać. Zawsze miałem ochotę powiedzieć im, że gdyby byli lepszymi mężami to tak by się nie stało. Jednak chcąc nie chcąc stracić klienta trzeba mu przytakiwać, kłamać w żywe oczy i dolewać piwa póki jeszcze ma pieniądze, a jak widać że chłop smutny to dać mu namiary na dobre dziwki by sobie ulżył. Nie skłamałbym pewnie mówiąc że miałem nie mały wkład w rozprawiczeniu kilku młodych mężczyzn przez Samanthe. Ah, to była kobieta.. Jedyna taka profesjonalistka w tym fachu. Wiecie co mam na myśli, ale wracając do tematu. Mimo wszystko ciężko spamiętać twarze tych wszystkich klientów, ale pamiętam dokładnie, aż po dzień dzisiejszych, tamte twarze. Zazwyczaj od ludzi czułem odór alkoholu, ale od nich emanowało To musiała być jakaś jesienna noc, zapewne jakoś w środku tygodnia, ponieważ mimo wczesnej pory było tylko dwóch klientów i powoli zbierałem się do zamknięcia, a deszcz pierdolił się z rynną jakby tego nie robili od tygodni...
-A ta w różowy Jim? Ile ma?-spytał zaciekawiony.
-Ledwo dwanaście, ale może być problem, obiecałem ją pewnemu posłowi. Chyba rozumiesz?
-Myślę, że jakoś się dogadamy.
W prawie pustym barze twe bystre oko obserwatora oprócz barmana polerującego kolejną szklankę na błysk musiałoby dostrzec dwóch podejrzanych mężczyzn w rogu. Mógłbyś również zauważyć że oczy krótko ściętego szatyna połyskują na czerwono. Pomyślałby człek, że to pewnie takie soczewki, czego to ludzie nie wymyślą.. Ten drugi, to znaczy ten łysy tłuścioch dyskretnie pokazywał coraz to nowszy ”towar”. Jego kontrahent próbował wydusić z siebie jak najszczerszy uśmiech, gdy "podziwiał" jego ofertę. Myślał jedynie, że powinien już ukrócić życie temu pieprzonemu pedofilowi który, nie zasłużył na spokojną śmierć w domu starców. Czerwonooki zaczął już powoli pieścić Berettę, która zaczęła się niecierpliwić, niby broń nie może mieć uczuć, ale ta uwielbiała karać tych skurwieli. Świat zaraz miał mieć o jednego śmiecia mniej, ale musieli być dokładni jak zwykle, a zarazem dyskretni, by mimo wszystko barman pozostał niewzruszony.
-Jim, mam nadzieję, że transakcję z Tobą są bezpieczne i nic mi nie grozi, mam rację?-spytał by się upewnić zanim zabrudzi całą piękną bukową posadzkę baru jego brudnym mózgiem, aż szkoda było jej bo widać było że zapewne niedawno wypolerowana. Szkoda jej było, oj szkoda...
-U mnie zawsze wszystko przebiega bezproblemowo, przecież nie naraziłbym swego klienta na żadne niebezpieczeństwo.-uśmiechnął się głęboko chcąc przekonać klienta do siebie. Ten odpowiedział mu jeszcze większym uśmiechem sięgając po jego Sententię capitalisę.
To była jednak szczęśliwa chwila dla Jima ponieważ ktoś nagle postanowił wpierdolić się do środka przez okno rozpraszając przy tym jego niedoszłego kata. Barman niewzruszony zajściem rzekł tylko:
-Zaraz zamykamy-po czym wrócił do polerowania kolejnych szklanek.
Mężczyzna który razem z odłamkami szkła wylądował na jednym z drewnianych stołów zerknął tylko na barmana i zaśmiał się cicho pod nosem. Wiedział że długo tu nie zabawi. W każdym bądź razie nie wyglądał na zwykłego pijaka, a raczej na jakiegoś psychopatę. Może sprawiały to jego zimne białe oczy, które idealnie komponowały się z jego siwym zarostem, a zarazem kontrastujące z jego czarnymi jak smoła włosami, które przysłaniały delikatnie jego bezlitosne oczy. Zrobił szybki rekonesans. Jego cel na szczeście nie zdążył ogarnąć co właśnie miało miejsce. Drugiej takiej okazji nie będzie miał. Wyciągnął swoje dwa ukochane sztylety. Przeskoczył pomiędzy kilkoma stołami i już stał za nim. Zanim jego ofiara zdążyła się odwrócić ostrze poszło wzdłuż lewego uda, następnie pozbawiając go jego prawego ucha. Pozwolił wyrzeźbionym rękojeścią zatańczyć w dłoniach po czym pozbawił zdezorientowanego Jima wzroku. Nie wiedział po którym ciosie wyzionie on ducha, a mimo wszystko ten skurwiel nie miał prawa widzieć jego sztuki. Zaczął ciąć jak wariat co zresztą widać było po jego psychopatycznym uśmieszku. Kilka szybkich cięć na torsie i jeden sztylet powędrował w brzuch, przeskoczył nad nim zeskakując przy tym ze stołu. Drugi sztylet wbił mu pod skórę jak agrafkę po czym zerwał z niego niemały płat skóry. Skurwysyn mimo tego wszystkiego darł się wciąż jak obrzezany bachor. Nie tracąc czasu, a chcąc się jeszcze nacieszyć tym widokiem wyjął drugie ostrze wbił szybko pod żebra przekręcił i wyjął. Pozostał mu tylko jedno by to zakończyć. Szybkie cięcie jego Betty i łysa głowa wylądowała na pięknej bukowej posadzce. Jim juz się nie uśmiechał jak przed momentem. Z jego ust wyczytałbyś zdziwienie, a z oczu no cóż gdyby je jeszcze miał zapewne przerażenie. Strugi płynące z dawnych gałek ocznych sprawiały wrażenie krwawych łez. Piękne przedstawienie ludzkiej rozpaczy. Uśmiechnął się patrząc na swe dzieło, po woli uspokajając swój oddech, ale nadał dyszał pod wpływem emocji które go ogarnęły. Krew znajdowała się nie tylko na całym jego ciele, ale w większej części baru. Ktoś widząc to od razu wiedziałby że ma do czynienia z kimś gorszym niż zwyczajnym mordercom. Czerwona woda która po nim spływała podkreślała jego psychopatyczną naturę. Niedoszły kat Jima patrzył na tą scenę trwającą dosłownie moment zarazem z dumą i odrażeniem. On wolał zabijać szybko i bezproblemowo jak egzekutor. Wiedział również kto kochał odstawiać takie przedstawienia jak to przed chwilą. Gdy zobaczył dzieło które właśnie zostało dokonane pomyślał:
-Popierdoleniec, a zarazem pieprzony da Vinci- uśmiechając się przy tym ironicznie.
Da Vinci widząc jego uśmieszek zawarczał na niego po czym usiadł naprzeciwko.
-To już przeszło 4 lata od ostatniego spotkania. Chyba nie przyszedłeś opowiadać, co tam u Ciebie? Ta pustka i.. smutek w tych oczach mówią same za siebie. To dziwne uczucie gdy jej już nie ma z nami..
-Już od jakiegoś tygodnia.- odwarknął i dodał.-Umarła szybko i bezboleśnie. Obiecaliśmy jej coś, pamiętasz?
-Taa, dlatego tu jesteś.-rozejrzał się po lokalu, zaraz miało się tu zrobić bardzo gorąco.-Chyba jednak już pora na nas. Twoje przedstawienie było zbyt dosadne nawet jak na Ciebie. A tak z ciekawości Sammy, ile dostałeś za jego głowę?
-Może trochę poniósł mnie instynkt, ale wiesz że kocham nimi malować. A co do nagrody, to jeb się, pieprzony Andy, który wierzy że może jeszcze zbawić ten świat, nadal mnie śmieszysz, ale kiedyś mnie zrozumiesz..
-Oj Sammy, mój najukochańszy przyrodni braciszek. Chodźmy już lepiej..- wychodząc odwrócili się i zerknęli na barmana, aby upewnić się, że nic mu nie jest.-Dobranoc i spokojnej nocy.
Barman wciąż zajęty swym światem podniósł na chwile wzrok. Sammy wyszczerzył się do niego i wtedy to zobaczył, ta pustka,obojętność,dzikość jakby nie miał on nic wspólnego z człowiekiem. Nie potrafił ani kochać ani nienawidzić. Poczuł w sercu zimno, wiec przekierował wzrok na tego drugiego, ale to był błąd. Ten patrzył na niego jakby znał każdy jego brudny uczynek. Ogarnęło go przerażenie i zmroziło mu serce. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa, zsunął się za ladę. Jego idealnie wypolerowana szklanka rozpierdoliła się na miliony drobnych kawałków. Jego oczy nadal pozostały w osłupieniu w tle dało się jeszcze usłyszeć delikatnie skrzypiące drzwi.. Co tu właściwie się stało? Ktoś odstawił tu przedziwne przedstawienie. Nigdy pewnie ich juz ponownie nie ujrzy. Ale co z tego skoro nigdy już o nich nie zapomni...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)